Tomasz
Malowaniec
[nauczyciel
mianowany liceów warszawskich,
nauczyciel akademicki Wydziału Nauk Humanistycznych
Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego
w Warszawie]
O
N O W E J M A T U R Z E
Z J Ę Z Y K A P O L S K I E G O
R A Z J E S Z C Z E
-
Matura w szkolnictwie europejskim zaistniała po raz pierwszy
w drugiej połowie XVIII wieku w Prusach, natomiast w Polsce
już około 1812 roku w szkołach departamentalnych Księstwa
Warszawskiego. W niektórych państwach maturę składa się
przed władzami uczelnianymi i jest ona warunkiem kontynuowania
kształcenia na poziomie wyższym.
W przedwojennych gimnazjach (do
1939 roku) egzamin dojrzałości opierał się na podobnych
zasadach, jak do niedawna stara, powojenna matura. Na początku
uczniowie pisali obowiązkowe wypracowanie z języka polskiego
na jeden z trzech tematów w ciągu pięciu godzin zegarowych
a następnie drugi pisemny egzamin
z przedmiotu, zależnego od profilu klasy. W części ustnej
abiturienci zdawali cztery egzaminy (półgodzinne) z naznaczonych
profilem klasy przedmiotów. W 1937 roku maturę w całym kraju
zdało tylko
13 362 uczniów pomimo faktu, że tematy rozprawek nie były
wyjątkowo trudne.1
Np. w 1939 roku (10 maja) uczniowie z klas humanistycznych
mieli do wyboru następujące tematy:
1/ Odbicie konieczności państwowych w literaturze polskiej
XVI w. 2/ Pan Tadeusz i Wesele jako sąd
nad rzeczywistością polską.
3/ Pierwiastki religijne w twórczości J. Kasprowicza. Z
kolei klasy matematyczne miały wybór wśród kolejnych trzech
tematów:
1/ B. Prus jako apostoł dobroci. 2/ Zagadnienie wojny
u H. Sienkiewicza i S. Żeromskiego. 3/ Pierwiastki wieszcze
w Nie-boskiej Komedii.2
Przedwojenna matura wyłaniała członków przyszłej elity,
dlatego nikt nie przejmował się liczbami i danymi statystycznymi,
bardziej chodziło o jakość wykształcenia średniego, niż
o masowy dostęp do uczelni wyższych. W 1973 roku, w czasach
realnego socjalizmu, maturę zdało prawie 92 tysiące abiturientów.
Dziś natomiast matura ma być doświadczeniem powszechnym.
Potrzebę gruntownego zreformowania procedury otrzymywania
świadectw dojrzałości wpisano do całościowego planu przebudowy
systemu oświaty. Kierując się mniej lub bardziej logicznymi
przesłankami na „starej” maturze nie zostawiono suchej nitki,
a przecież nie wszystko w niej było złe i anachroniczne.
Piszę ten artykuł kilka tygodni po przeprowadzonych
w grudniu próbnych maturach (oficjalnie tej nazwy już się
nie używa) z języka polskiego. Także ten „eksperyment” utwierdza
mnie w przekonaniu, że zmiana procedur jak i sensu merytorycznego
egzaminu dojrzałości
z języka ojczystego była wielkim błędem dydaktycznym
i metodycznym. Przede wszystkim ten do niedawna najważniejszy
sprawdzian w życiu młodych ludzi niczego obecnie nie sprawdza
– zarówno w części ustnej (prezentacja wybranego tematu),
jak
i pisemnej (podstawowej i rozszerzonej). Nowa matura stała
się więc sztuką dla sztuki i nie potrafi, bo też w samych
jej założeniach tkwiły podstawowe błędy logiczne i zabrakło
zdrowego rozsądku, wyselekcjonować młodzieży, która przynajmniej
w dobrym stopniu opanowała materiał z zakresu, niestety
już tylko 3-letniego, liceum ogólnokształcącego. Sens takiego
egzaminu sprowadzono li tylko
do wątpliwej umiejętności odczytywania standardowych intencji
interpretacyjnych anonimowych urzędników, którzy żądają
od uczniów i ich nauczycieli konkretnych, naiwnych i ograniczonych
odczytań dzieła literackiego.
Co prawda, jak to widać po arkuszach
grudniowych, zwiększono „obszar” rozpisania się z 3,5 strony
do 5 stron, ale nadal pozostawiono żenująco mało czasu na
napisanie wypracowania,
bo tylko 170 i 130 minut. Przypominam, że zarówno przed
wojną
jak i do tzw. reformy z lat 90. uczniowie mieli 5 godzin
zegarowych. Czas jest sprzymierzeńcem roztropnej myśli.
Jedni uczniowie potrzebują więcej czasu, inni z kolei mniej
czasu do namysłu
i realizacji zadanego tematu. Dlatego też nie wolno traktować
egzaminu maturalnego (jak to się stało w maju 2005 roku,
ostatnio
w grudniu i styczniu 2006 roku) jako swoistego „wyścigu
szczurów”, w którym przeżyją i zwyciężą najszybsi i najsprawniejsi.
A co z pozostałymi?
Ponadto zakres merytoryczny egzaminu
prowadzi do infantylizacji tekstów literackich i ośmiesza
działania nauczycieli polonistów
w konkretnych środowiskach kulturowych. Przestaje się liczyć
erudycja, znajomość klasyki narodowej i światowej oraz tekstów
kultury, z których jest dumna nasza cywilizacja. Najważniejsza
jest biegłość w odczytywaniu „jedynie słusznych” odpowiedzi,
zaproponowanych przez tajemnicze gremium wcale dobrze opłacanych
urzędników z nowego quasi-ministerstwa, czyli Centralnej
Komisji Egzaminacyjnej, mającej 8 kosztownych agend terenowych.
Tematy, do tej pory wykorzystane w arkuszach egzaminacyjnych,
każą skupić się wyłącznie na wybranych, często w przypadkowy
sposób, fragmentach tekstów. Punktami standardowymi (25
na 50
w arkuszu podstawowym oraz 26 na 40 w arkuszu rozszerzonym)
nagradza się wnikliwą analizę tekstu, bez wnikania w kontekst
historyczno-literacki czy też aspekty biograficzne samego
twórcy.
Czym jest matura w polskiej tradycji
edukacyjnej z punktu widzenia metodycznego? Jak się wydaje
była i jest przede wszystkim ukoronowaniem wieloletnich
wysiłków dydaktycznych rzeszy nauczycieli na różnych szczeblach
kształcenia, zmierzających do wypuszczenia w świat młodych
ukształtowanych i ukierunkowanych intelektualnie i moralnie
ludzi; jest także zwieńczeniem pracy przedszkolanek, nauczycieli
nauczania początkowego i nauczycieli przedmiotów – wszyscy
oni bowiem wpisują się w dzieło oświatowe, jako nieodzowni
twórcy maturalnej przepustki do przyszłości. Szczególną
wagę przykładano zawsze do egzaminów obowiązkowych, a zwłaszcza
do języka polskiego. Nic więc dziwnego, że kiedy w latach
90. ogłoszono rozpoczęcie prac koncepcyjnych nad nową formułą
matur, wywołało to poruszenie
w środowisku nauczycielskim. Każdy poważnie traktujący swoją
pracę dydaktyk, bez względu na to w jakim miejscu i w jakim
typie szkoły wypełnia swoje powołanie zawodowe, ma świadomość
faktu, że pracując z konkretnymi uczniami przyczynia się
do wzrostu
i rozwoju ich kompetencji przedmiotowych, które mogą okazać
się niezbędne podczas różnych egzaminów – także tych maturalnych.
Nauczyciele szkół średnich ogólnokształcących do tej odpowiedzialności
za prawidłowe przygotowanie swoich wychowanków do matury
i egzaminów na uczelnie wyższe,
poczuwali się bardzo silnie. Uczyli więc nie tylko dla zdobycia
przez uczniów jak największej, solidnej wiedzy przedmiotowej,
ale także
po to, by wszyscy, o ile byłoby to możliwe, zdali maturę.
Stała się
ona w technikach i liceach ogólnokształcących także sprawdzianem
ich, nauczycielskich, sprawności i sumienności w przekazywaniu
niezbędnych informacji i umiejętności. Maturę zdawali każdego
roku wszyscy – szkoły, środowiska, władze oświatowe i domy
rodzinne uczniów.
Lecz oto w latach 90. stwierdzono, że
matura w dotychczasowym kształcie merytorycznym i organizacyjnym
jest nieobiektywna i daleko jej do doskonałości, ale oczywiście
nikt nie pokusił się o definicję „matury doskonałej”. Głównym
zarzutem, jaki postawiono starej maturze, był jakoby fakt,
że egzaminy przeprowadzane i oceniane były przez tych samych
nauczycieli, którzy przez lata uczyli swoich przedmiotów
abiturientów. Mogło to budzić różne podejrzenia
np. o stronniczość lub nepotyzm przy wystawianiu ocen –
zarówno tych dobrych (podwyższanie ocen bardziej lubianym
uczniom),
jak i złych (zaniżanie ocen uczniom, którzy w jakiś sposób
podpadli konkretnym pedagogom lub dyrekcji macierzystej
szkoły). Chciano także, i to było przyjęte bez większych
zastrzeżeń, aby egzamin maturalny odbywał się w jednym terminie,
a jego tematy były jednakowe dla wszystkich zdających w
danym roczniku. Ponadto twórcom zmian zależało też na tym,
aby prace pisemne, jak też wypowiedzi ustne, były oceniane
w sposób obiektywny przez specjalne komisje, w skład których
wchodziliby nauczyciele-
-egzaminatorzy zewnętrzni nie pracujący w dotychczasowej
szkole abiturientów. W tym celu władze oświatowe powołały
Centralną Komisję Egzaminacyjną oraz osiem Okręgowych Komisji
Egzaminacyjnych. Każda z nich objęła swoim zasięgiem szkoły
działające na obszarze dwóch sąsiadujących województw. Nowy
egzamin miał zapewnić porównywalność wyników i stworzyć
sytuację, kiedy będzie można znieść instytucję egzaminów
wstępnych na uczelniach.3
Przypomnijmy, że pierwsza nowa matura
odbyła się w połowie kwietnia i na początku maja 2005 roku.
Warto przeanalizować niektóre aspekty tego eksperymentu,
przede wszystkim w części dotyczącej języka polskiego i
zastanowić się nad różnymi konsekwencjami, jakie spowoduje
on dla współczesnej dydaktyki nauczania języka i literatury
w zreformowanej (a raczej reformującej się) szkole średniej.
Nade wszystko nieuchronność nowej matury pomimo fali merytorycznej
krytyki zmieniła w ostatnich latach styl pracy nauczycieli
i uczniów. Ci pierwsi skupili uwagę na liście lektur (przygotowanej
w sposób bałaganiarski przez CKE i ogłoszonej
w sylabusie i informatorze maturalnym) i zaczęli się głowić
nad sposobami takiego przybliżenia dzieła literackiego,
aby uczniowie mogli bez większych problemów napisać rozprawkę
maturalną, uwzględniającą tzw. standardy maturalne i sugestie
interpretacyjne
w opracowanych centralnie modelach odpowiedzi, według których
(tożsamych w całym kraju) egzaminatorzy przyznają punkty,
przeliczane później na wyniki procentowe. Wśród licznych
grzechów nowej matury wymienić wypada te najważniejsze:
1/ Nieuzasadniona wydaje się zmiana kolejności
egzaminów –
w kwietniu przeprowadzono egzamin ustny kosztem zajęć
w młodszych klasach, a dopiero w maju ogólnokrajowe egzaminy
pisemne z kilkunastu przedmiotów (np. język szwedzki zdawało
tylko 4 uczniów w skali całego kraju). Zapowiedziano już,
że w 2006 roku egzaminy maturalne pisemne i ustne zostaną
przeprowadzone przemiennie w maju, co również spowoduje
spore zamieszanie organizacyjne w szkołach (należy zapomnieć
o normalnych zajęciach dydaktycznych w młodszych klasach).
2/ Dotychczasowy egzamin ustny, podczas
którego abiturient losował zestaw trzech pytań, dwa z historii
literatury i kultury oraz jedno z nauki o języku, zastąpiono
prezentacją wybranego tematu. Pomysł wydawał się ciekawy
– oto uczeń przedstawiał przed komisją mieszaną (nauczyciele
z macierzystej szkoły plus obserwatorzy
z zewnątrz) dorobek swoich pierwszych, paranaukowych poszukiwań
i przemyśleń na wybrany temat. Przy wystawianiu punktów
(maksymalnie 20) miano przede wszystkim brać pod uwagę zawartość
merytoryczną prezentacji oraz język. Również język był najwyżej
oceniany podczas krótkiej rozmowy, opartej na trzech pytaniach,
jakie komisja mogła zadać na temat wysłuchanej w ciągu 15-20
minut wypowiedzi maturzysty. Ta forma egzaminu miała kilka
niewątpliwych zalet: po pierwsze stwarzała uczniom możliwość
autorskiego, często bardzo osobistego wypowiedzenia się
na interesujące ich tematy; po drugie, dzięki wielotygodniowemu
procesowi przygotowań, wprowadzała abiturientów w świat
działań naukowych (uczniowie musieli przygotować stosowną
bibliografię przedmiotu i podmiotu oraz logiczny konspekt
sproblematyzowanego wystąpienia publicznego); po trzecie
taki właśnie egzamin wyczulał
i nauczycieli i zdających na kwestie poprawnego i komunikatywnego
języka mówionego i pisanego; po czwarte stał się okazją
do zaprezentowania własnej osoby, kultury bycia, sposobu
wykorzystania gestykulacji, mimiki i nowoczesnych środków
audio-wizualnych. Stary egzamin ustny co prawda przymuszał
uczniów do wkuwania około trzystu zagadnień, głównie z historii
literatury, ale z czasem stał się nudnym samograjem. Pytania
i zestawy egzaminacyjne krążyły po wszystkich szkołach,
powtarzały się wielekroć w niezmienionej formie, a uczniowie
powielali na kserografach gotowe odpowiedzi, które trzeba
było tylko „zakuć”
na wyznaczony dzień egzaminu i wyrecytować.
Z kolei prezentacja ustna na nowej maturze,
i to trzeba z całą
mocą podkreślić, w ogóle nie sprawdza wiedzy historycznoliterackiej,
ani żadnej innej, ponieważ egzaminujący nie mają prawa pytać
o inne zagadnienia, niż te zasygnalizowane w konspekcie
prezentacji. Ten fakt można by jeszcze przeboleć, ale w
praktyce okazało się,
że bardzo wielu uczniów potraktowało prezentację maturalną
jako
zło konieczne, które wszakże trzeba zaliczyć i skorzystało
z „pomocy” osób trzecich. Gotowe teksty prezentacji i konspektów
można było kupić u korepetytorów, studentów i nauczycieli
polonistów, ogłaszających się w prasie i internecie. Przebieg
dwudziestominutowego egzaminu został obwarowany takimi przepisami
proceduralnymi przez CKE, że w wielu wypadkach nie sposób
było sprawdzić, czy uczeń prezentuje swój własny dorobek
badawczy czy też recytuje zakupiony na wolnym rynku „produkt”
czyjegoś intelektu.
3/ Najwięcej kontrowersji, złości i niepokoju
budziła i budzi formuła egzaminu pisemnego zewnętrznego
z języka polskiego.
Otóż urzędnicy niewiadomego autoramentu wymyślili rzecz,
która rozważnym i doświadczonym nauczycielom, nawet w okresie
totalitaryzmu, nie przyszłaby nigdy do głowy. Egzamin składał
się
z dwóch części – podstawowej (dla wszystkich) i rozszerzonej
(dla uczniów ubiegających o miejsca np. na kierunkach humanistycznych),
na które przeznaczono, jak dotychczas pięć godzin zegarowych,
nie licząc przerwy technicznej (wymiana arkuszy egzaminacyjnych).
Arkusz podstawowy zawierał dwa polecenia.
W pierwszym, sprawdzającym rozumienie czytanego tekstu,
uczniowie musieli zapoznać się z fragmentem artykułu lub
eseju na dowolny temat i odpowiedzieć na kilkanaście pytań
(dokładnie 16). Za to zadanie można było otrzymać maksymalnie
20 punktów.
W drugim poleceniu abiturienci zostali zobowiązani do napisania
własnego tekstu na jeden z dwóch podanych tematów. Każdy
z nich był opatrzony stosownym fragmentem literackim (niestety,
często wyrwanym z większego kontekstu), do którego należało
się odnieść w rozprawce. Na wykonanie tych poleceń CKE przeznaczyła
tylko 170 minut oraz trzy i pół strony papieru podaniowego
na rozprawkę. Takie postawienie warunków z punktu widzenia
metodycznego wydaje się skandaliczne. Po pierwsze przeznaczono
stanowczo za mało czasu, a po drugie cóż jest warta rozprawka
pisana w takim stresującym tempie i „wciśnięta” w trzy strony?
Dlaczego nie pozwolono młodym rozpisać się? Dobry uczeń
klasy humanistycznej na trzech stronach papieru podaniowego
pisze wstęp, a dopiero na następnych kartach zasadniczą
część wypowiedzi. Oczywiście, są uczniowie, którzy mają
poważne problemy z sensownym zapisaniem choćby jednej strony
(około 250 słów), ale ustanawiając procedury egzaminacyjne
nie powinno się równać do najsłabszych. Lecz w tej formule
egzaminu jest jeszcze coś o wiele bardziej niepokojącego
–
a mianowicie sposób oceniania. Za rozprawkę można było otrzymać
50 punktów, z czego aż 25 za tzw. rozwinięcie tematu, 5
za kompozycję, 5 za styl, 12 za język, 3 za zapis i tylko
4 za szczególne walory pracy. Jak widać struktura punktacji
została tak zbudowana, aby najwięcej punktów przyznawać
za „rozwinięcie tematu”,
czyli (sic!) „wstrzelenie się” w treści ujęte w urzędniczym
modelu odpowiedzi. Najlepsi uczniowie potrafili zdobyć od
50-70 procent punktów (z 25). Dowodzi to, że modele odpowiedzi
skonstruowano tak, aby nikt nie zdobył 100 procent punktów.
W podobny sposób stworzono arkusz rozszerzony.
W tym wypadku polecenie było banalne – należało napisać
rozprawkę (również na trzy i pół strony) na jeden z dwóch
tematów w ciągu
130 minut. Struktura punktacji powtarzała się – 20 punktów
z 40
za „rozwinięcie tematu”. Aby zdać egzamin, uczeń powinien
otrzymać co najmniej 21 punktów za rozwiązanie zadań na
poziomie podstawowym. W 2005 roku na Mazowszu maturę na
poziomie rozszerzonym zdawało 26% maturzystów (ale np. w
powiecie siedleckim żaden uczeń nie wybrał egzaminu z języka
polskiego
na tym poziomie). W tej grupie 93% uczyło się w liceach
ogólnokształcących i ok. 7% w liceach profilowanych. Ogółem
maturę z języka polskiego w całym kraju zdało 95,73% maturzystów
i jest to wynik zbliżony do lat poprzednich.4
Widać z powyższego, że nowa pisemna matura
z języka polskiego promuje przede wszystkim przeciętnych
uczniów i tych, którzy na lekcjach posługują się otrzaskanymi
i wytartymi formułkami interpretacyjnymi, gotowi są przepisywać
sądy innych i których nie stać na indywidualny „krzyk duszy”,
z którym niejednokrotnie można było spotkać się w wypracowaniach
„starej” matury. Wtedy uczniowie wybierali jeden z czterech
tematów i na rozpisanie się (niektórzy po raz ostatni w
życiu) mieli pięć godzin zegarowych.
Teraz szczególne zainteresowania humanistyczne, oczytanie
i erudycję można nagrodzić w obu częściach egzaminu tylko
czterema punktami. Trudno nie zgodzić się z opinią Aliny
Brodzkiej-Wald i Grażyny Borkowskiej, że uczeń przeciętny
– jeśli w ogóle zdecyduje się zdawać egzamin na poziomie
rozszerzonym – pewnie zmieści
się w siatce pożądanych wniosków, spostrzeżeń, odpowiedzi.
Napisze to, czego się po nim spodziewano, i zbierze sporo
punktów. Uczeń zdolny, oczytany ponad przeciętność może
pójść jakimś innym, własnym tropem interpretacyjnym, który
będzie odbiegał od założonych „odpowiedzi”. I może ponieść
dotkliwą porażkę.5
Po zakończonej maturze część dydaktyków
związanych
z Okręgową Komisją Egzaminacyjną na Mazowszu doszła do następujących
wniosków merytorycznych, które warto tu przytoczyć w skróconej
formie. Po pierwsze absolwenci wykazali się umiejętnością
rozumienia tekstu popularnonaukowego na poziomie znaczeń,
natomiast w mniejszym stopniu opanowali umiejętność rozumienia
tego typu tekstów na poziomie organizacji i sytuacji komunikacyjnej.
Po drugie większość maturzystów nie zna utworów literackich
zawartych w podstawie programowej i nie umie funkcjonalnie
wykorzystać swojej wiedzy o tych utworach. Po trzecie większość
zdających nie zna podstawowych procedur analizy utworu literackiego
a analizę tegoż sprowadza do opisu elementów świata przedstawionego
lub po prostu do streszczenia. Po czwarte abiturienci nie
potrafią formułować wniosków podsumowujących ich wywody.
Po piąte prace maturalne zostały napisane językiem komunikatywnym
mimo różnych błędów. Po szóste osiągnięcia absolwentów liceów
ogólnokształcących są większe niż osiągnięcia absolwentów
liceów profilowanych.6
W styczniu br. przeprowadziłem wśród
moich studentów następujący eksperyment. Kilkudziesięciu
słuchaczy specjalizacji pedagogicznej sprawdzało powielony
tekst wypracowania maturalnego uwzględniając model odpowiedzi
i schemat oceniania opracowane przez CKE. Przyznano od 26%
do 46 % punktów. Wynik ten należy uznać za zadowalający,
tym bardziej że w arkuszu rozszerzonym wystarczy otrzymać
1 punkt (na 40), aby egzamin został zaliczony. Kiedy jednak
poprosiłem o wystawienie ocen
w skali od 1 do 6, okazało się, że większość studentów była
za
oceną niedostateczną i niezaliczeniem wypracowania, gdyż
tekst
pod względem merytorycznym i językowym był bardzo słaby.
To doświadczenie, w którym odwołałem się do intuicji i poglądów
przyszłych młodych nauczycieli, utwierdziło mnie tylko w
krytycznych sądach o nowej maturze i kierunku zmian w polskim
systemie oświatowym.
Reasumując, trzeba stwierdzić, że nowa
matura w części ustnej
i pisemnej (jeśli nie zostanie w sposób istotny zmodyfikowana
w duchu zdrowego rozsądku) niesie wiele zagrożeń dla kondycji
szkolnej polonistyki. Po pierwsze wymusza na uczniach przyswajanie
sobie sztampowych, oklepanych przez szkolną i belferską
tradycję formuł interpretacyjnych – wyznacznikiem poprawności
będą może niektóre podręczniki albo specjalne bryki sygnowane
przez CKE.
Po drugie zabija młodzieńczą indywidualność, odwagę sięgania
poza opinie uznanych, ale często przereklamowanych autorytetów.
Po trzecie sprowadza pracę nauczyciela do nadzorcy, który
będzie sprawdzał czy lektury naznaczone w danym roku przez
CKE
w wystarczająco powierzchowny sposób zostały przyswojone
przez abiturientów. Po czwarte taka matura staje się znakiem
czasu
i wizytówką dokonującej się historii – oto środkowoeuropejskie
państwo nie potrzebuje ludzi wybitnych, twórczych, wyrastających
ponad przeciętność. Najważniejsza dla niego, jak przed 1989
rokiem, jest szara masa, dla której najistotniejsze są apodyktyczne
idiotyzmy, a nie tobół rzeczy słusznych, mówiąc
za Zbigniewem Herbertem 7,
który, ja k się wydaje, ze swoim intelektem, nowej matury
urzędników z CKE po prostu by nie zdał.
————
1
A. Leszczyński, Matura jak prawo jazdy, Gazeta Wyborcza,
27 VI 2005.
2
S. Zimowski, Prywatne Gimnazjum i Liceum Męskie Aleksego
Zimowskiego w Łodzi, Łódź-Warszawa 2004, s. 315.
3
Informator maturalny. Język polski, Warszawa 2003,
s. 9.
4
Sprawozdanie z egzaminu maturalnego. Analiza wyników egzaminu
maturalnego. OKE, Warszawa 2005, s.79.
5
A. Brodzka-Wald, G. Borkowska, Matura jest sprawą poważną,
„Polonistyka”, 2004, nr 6, s. 371.
6
Sprawozdanie z egzaminu maturalnego..., s. 97.
7
Z. Herbert, Martwa natura z wędzidłem, Wrocław 1993,
s. 17.
Wysłano
27 marca 2006 r. mailem do MEN
Wielce Szanowni Państwo,
Właśnie dziś księgowa poinformowała mnie o podwyżce pensji
o 28 złotych brutto z wyrównaniem od stycznia. Upokarzające
i hańbiące. Pracuję już 20 lat jako mianowany nauczyciel języka
polskiego w warszawskich liceach i nie jestem w stanie, na
pełnym etacie utrzymać rodziny, bo nie zarabiam nawet średniej
krajowej na rękę! Nie wierzę już w żadne reformy i obiecanki.
Każda władza od 50 lat nie szanowała nauczycieli i nigdy nie
będzie dobrze w oświacie, jeśli nie zaczniemy zarabiać przynajmniej
2 średnich krajowych pensji. Tak naprawdę widać, że nikomu
nie zależy na mądrej i efektywnej oświacie – zależy Wam raczej
na tym, aby myślący ludzie wyjechali stąd na emigrację. Żałuję,
że nie zrobiłem tego, gdy byłem młodszy.
Dziś jednak będę robił nadal swoje, jak nakazuje mi honor
(jest taka wartość) i duma i wiem, że Wy złotouści politycy,
nie macie już żadnej władzy nade mną. Mnie chociaż kochają
uczniowie, a Was?
Z poważaniem |